Widmo wojny unosi się nad pograniczem polsko-czeskim, widmo wojny intelektualnej... A ponieważ mieszkamy nad granicą, to mamy powody do niepokoju.
Aleksander Kaczorowski jest w kręgach bohemistycznych postacią znaną już od czasów pierwszej książki - "Praskiego elementarza", którą do dziś uważam za przyjemną i pożyteczną lekturę. Niestety Aleksander Kaczorowski, oprócz pisania książek, zajmuje się również udzielaniem wywiadów, które publikuje Gazeta Wyborcza.
Jeden z takich wywiadów stał się właśnie casus belli zarówno dla Polaków jak i dla Czechów. W wywiadzie tym autor opublikowanej niedawno książki poświęconej Ocie Pavlovi (kto nie czytał książki "Śmierć pięknych saren" powinien to zrobić natychmiast), stwierdził:
Mogę pani coś powiedzieć? Nie cierpię Czechów. Na dłuższą metę strasznie mnie denerwują. To kraj ciekawej kultury, zwłaszcza w XX w., ale ci ludzie? Afirmacja przeciętności u Hrabala bardzo mi się podoba jako gest literacki, ale nie jako postawa życiowa. Taka mentalność jest na dłuższą metę społecznie destrukcyjna.
Rozumiem, że słowa te ma czytelnik traktować jako rodzaj intelektualnej i politycznej prowokacji. Intelektualnej, ponieważ w formie gestu literackiego zostaje nam podana na tacy schizofrenia współczesnego świata - możemy coś (np. Czechy) równocześnie lubić za kulturę i nienawidzić za ludzi. Jeśli zaś idzie o aluzje polityczne, to Kaczorowski sugeruje, że drobnomieszczańskość jest zgubna, bo tylko ciągły rozwój i samodoskonalenie się, którego zresztą polskie społeczeństwo ma być wcieleniem, prowadzi do dobrobytu. Stabilność zaś i równowaga zawsze musi się zdegenerować i w efekcie doprowadzić do wybierania postkomunistycznych aparatczyków i biznesmenów (jak określa całkiem słusznie polski pisarz A. Babiša - który przecież naszym ulubieńcem nie jest - pisaliśmy o nim tu, tu i tu i pewnie jeszcze w paru innych miejscach)
Problem z tą prowokacją jest podwójny - intelektualny i polityczny.
Intelektualnie bowiem logika A. Kaczorowskiego nie broni się. Czechy przeszkadzają A. Kaczorowskiemu tym, że nie są tak idealne, jak on by sobie życzył. Przeszkadza mu, że pojawia się w Czechach retoryka nienawiści, że Czesi tak samo jak Polacy nie chcieli uchodźców, że podlegają prorosyjskiej propagandzie, czyli robią wszystko to, czego A. Kaczorowski nie lubi. Na naszym blogu również tego nie lubimy - również nas drażni męski szowinizm Czechów, o którym pisaliśmy już wcześniej przy okazji jednego z czeskich pisarzy, określając Czechy jako "ciemne miejsce", ale wszystko to nie popycha nas w kierunku prowokacyjnych uogólnień i twierdzenia, że "nie cierpimy Czechów". Wręcz przeciwnie - lubimy Czechy, bo pomimo swoich wad starają się iść do przodu, a przynajmniej do niedawna tak robiły. Ten postęp jest powolny i drobnomieszczański, ale przynosi - czy też do niedawna przynosił - widoczne efekty. Czechy wciąż są dobrym miejscem do życia, bo zamieszkują je normalni ludzie. Niektórzy z nich są dobrzy a niektórzy źli; niektórzy z nich głosują na Babisza, niektótrzy nie; niektórzy z nich lubią piwo a niektórzy wino - wszyscy jednak tworzą ciekawe społeczeństwo i ciekawą kulturę. Jeśli polski bohemista jest zaskoczony tym, że postacie z Hrabala i ich przeciętność to nie jest tylko literacki gest, ale przede wszystkim samo życie, z którym czescy pisarze musieli się konfrontować każdego dnia ich życia, to niestety oznacza to, że kiepski z niego bohemista. Czechy są dokładnie takie, jakie są i dlatego książki pisane o nich przez czeskich pisarzy pisane są tak właśnie jak są pisane - wyrastają z irytacji, jaką w pisarzach wzbudzali ich krajanie. Nie inaczej zresztą ma się rzecz z literaturą polską, francuską, niemiecką czy angielską. Dobry pisarz to taki, który widzi wady otaczającej go społeczności i umie o tych wadach mówić tak, by drażnić, ale niekoniecznie obrażać.
Polityczny problem z wypowiedzią Kaczorowskiego polega zaś na tym, że we współczesnym świecie mało jest państw, w których rządzący są jakimiś wzorami do naśladowania. W USA rządzi biznesmen, w Polsce bankier, w Wiekiej Brytanii absolwent Oksfordu, a różnic pomiędzy nimi jest jak na lekarstwo. Wszyscy oni kłamią i oszukują dokładnie tak samo jak rządzący Czechami Babisz i Zeman, ale to tylko czeska drobnomieszczańskość ponosi odpowiedzialność za upadek współczesnej klasy politycznej? Współczesna Polska różni się od Czech w zasadzie tylko tym, że wszystko jest tam bardziej... bardziej widoczny jest podział społeczeństwa, bardziej jaskrawe jest łamanie konstytucji, bardziej widoczne jest rozwarstwienie dochodowe... A za to, że wszystko Czechach jest łagodniejsze (i moim zdaniem bardziej nadające się do życia) odpowiada właśnie owa drobnomieszczańska tradycja. Można jej nie lubić, ale nie można być zaskoczonym tym, że ona jest.
Irytujące jest przy tym, że w zasadzie tę czeską drobnomieszczańską mentalność Kaczorowski na swój sposób lubi, bo też - mówiąc szczerze - trudno jej nie lubić:
Natychmiast się zakochałem w czeskich gospodach. Myśmy wtedy mieli albo mordownie z wódą i meduzą, albo kawiarnie, w których pretensjonalność i sztuczność były zasadą naczelną. A w czeskiej gospodzie wszyscy się czują na swoim miejscu. Piją piwo, jedzą serdelki, ser marynowany i rozmawiają. Są sobą, są autentyczni. Kiedyś - może z pewną przesadą - napisałem, że u nich knajpy odgrywają taką rolę jak u nas kościoły.
Czeska hospoda jest rzeczywiście miejscem pełnym równości, ale jest też szczytowym osiągnięciem czeskiego drobnomieszczaństwa, którym tak pogardza Kaczorowski. A więc do hospody i jej smrodu (już minionego bo zakaz palenia działa od jakiegoś czasu) polski pisarz tęskni. Chciałby się w tym smrodzie zatopić, ale potem bardzo szybciutko się umyć i zasiąść do Oty Pavela. I nie ma w tym nic złego - czescy intelektualiści tak właśnie robią, bo też nie mają innego wyjścia. Czescy intelektualiści doceniają jednak ludzi, którzy ciężko pracują, żeby ich kraj mógł się rozwijać. Kaczorowski natomiast tymi ludźmi gardzi, co widać wyraźnie, kiedy mówi o Czechach jako społeczeństwie Wokulskich - o spełnionym śnie Bolesława Prusa. Jest to dokładnie ten sam typ pogardy, który stoi za podzieloną Polską - wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego patrzy z góry na Polskę B - pełną drobnomieszczańskich Wokulskich działających bez kapitału i gardzi ich politycznymi wyborami.
Już samo to by wystarczyło, żeby nie lubić niektórych Polaków. Ale ja nie lubię ich za follow up, w którym zachowują się jak prawdziwi Polacy, czyli nie mają racji, nie mają argumentów, ale idą na wojnę.
Otóż o wywiadzie Kaczorowskiego napisał serwis echo24.cz, który jest związany z czeską prawicą. Redaktorzy serwisu dokonali przekładu wypowiedzi Kaczorowskiego:
Nesnáším Čechy. Dlouhodobě mě strašně rozčilují. Je to země zajímavé kultury, zvláště ve 20. století, ale ti lidé? Potvrzení průměrnosti u (Bohumila) Hrabala se mi líbí jako literární gesto, ale ne jako životní postoj. Taková mentalita je z dlouhodobého hlediska destruktivní.
Z mojego punktu widzenia ten przekład jest adekwatny i dobrze oddaje to, co zostało powiedziane przez Kaczorowskiego. Reszta tekstu z portalu echo24.cz jest, po odcięciu wątków literaturoznawczych, w miarę wiernym streszczeniem wywiadu, które pomija intelektualną głębię, ale oddaje meritum.
Nie wiedzieć dlaczego, niektórym Czechom wywiad ten nie przypadł do gustu i nie omieszkali dać temu wyrazu. Wyobraźmy sobie tylko, co działo by się w polskich mediach, gdyby znany zagraniczny polonista napisał, że "nie znosi Polaków"?
I tu właśnie nastąpił ów follow up - Wyborcza opublikowała artykuł, w którym Aleksander Kaczorowski został przedstawiony jako ofiara nacjonalistyczno-prawicowego portalu informacyjnego. Owszem prawicowy - ale czy nacjonalistyczny? Z całą pewnością nie! Dział kulturalny Wyborczej powinien uważać z przymiotnikami - jeśli osoby tam pracujące wiedzą, co to takiego. I dalej w tekście pada stwierdzenie:
Słowa przytoczone w Echo24.cz w wywiadzie nie padły. Całe omówienie wywiadu skupiało się na rzekomej niechęci Kaczorowskiego do Czechów, a pomijało słowa o fascynacji czeską kulturą.
Otóż Wyborcza ordynarnie kłamie i w swoim kłamstwie nurza też samego Aleksandra Kaczorowskiego. Słowa przytoczone w echo24.cz padły i zostały dobrze przetłumaczone na język czeski. Aleksander Kaczorowski powiedział dokładnie to, co zostało przekazane czeskim czytelnikom. Sam Kaczorowski również jednak jest oburzony:
- Jestem wściekły - mówi mi Aleksander Kaczorowski. - Podtrzymuję wszystko, co powiedziałem pani w tym wywiadzie na temat czeskiej polityki, mentalności i stosunku do historii. Jestem oburzony tym, że Echo24 przypisało mi słowa, których nie użyłem. Nie mówiłem nic o „nudnych mieszczuchach, którym jest wszystko jedno”. Nie powiedziałem też, że Czechów nienawidzę
Otóż echo24.cz nic Kaczorowskiemu nie przypisało - po prostu zacytowało wiernie albo dobrze streściło to, co on sam powiedział. Kaczorowski broni się, że on przecież powiedział coś zupełnie innego:
Nie mówiłem nic o „nudnych mieszczuchach, którym jest wszystko jedno”. Nie powiedziałem też, że Czechów nienawidzę.
Rzeczywiście czeski portal przesadził nieco w tytule, w którym czytamy Polský spisovatel: nesnáším Čechy, nudné měšťáky, kterým je všechno jedno. Nigdzie jednak w czeskim tekście nie imputuje się Kaczorowskiemu, że miał stwierdzić "nienawidzę Czechów". A i z tym "wszystko jedno" bym nie przesadzał, bo w wywiadzie Kaczorowski powidział tę samą myśl, choć gorszymi słowami:
Czesi nie są liberalni. Po prostu większość ludzi ma wszystko, jak to mówią, "w prdeli" (czli w dupie, żeby już nie było wątpliwości, co powiedział polski pisarz).
Pomimo to polski pisarz, który chce otrzymać nagrodę literacką, pozwala sobie sięgnąć po dosadny język w odniesieniu do Czechów, wspomina mianowicie o skurwysyństwie:
To zwykłe skurwysyństwo, dlatego nawet nie piszę sprostowania czy polemiki.
Aby więc podsumować - polski pisarz w polskiej gazecie postanowił sprowokować Czechów i napisał, że ich nie znosi. Napisał to 23 września. Gdyby do mnie ktoś podszedł i powiedział, że mnie nie znosi powiedziałbym mu, żeby się spiesznie oddalił. Nie to nie - spieprzaj dziadu... Rozmawiać możemy wtedy, kiedy podchodzimy do siebie się z szacunkiem. Mówienie całemu społeczeństwu, że się go nie znosi świadczy o braku szacunku i elementarnej kultury - rozmowę zaczyna się od "dzień dobry" a nie od dawania po mordzie.
Kiedy zaś już się kogoś obrazi to trudno się dziwić, że temu komuś się to nie podoba. Polski pisarz i polska dziennikarka czują się jednak urażeni i oburzeni, bo rzekomo ktoś przekręcił ich słowa. Już cztery dni później - 27 września zaczynają twierdzić, że czeski portal kłami i zachowuje się skurwysyńsko, bo oni nic takiego nie powiedzieli.
No więc powiedzieli!
Już nawet nie starają się sugerować, że myśleli coś innego, że zostali źle zrozumiani czy cuś... Nie - oni zarzucają czeskiemu prawicowemu portalowi (jak prawicowy, to przecież musi kłamać, tym bardziej, że jest jeszcze nacjonalistyczny), że portal ów kłamie, podczas kiedy to oni sami kłamią. Zaiste postępowanie to godne jest elity. Kaczorowski gestem urażonej damy marnych obyczajów, niczym Izabela Łęcka zniesmaczona zbyt mało wyrafinowanym zachowaniem Wokulskiego, mówi o skurwysyństwie, choć sam w ewidentny sposób nie przeczytał czeskiego tekstu. Może to i dobrze, że nie zamierza pisać polemiki, bo ta mogłaby być nieco chybiona.
Smutne jest, że jednym wywiadem Aleksander Kaczorowski i Gazeta Wyborcza napsuły sporo w polsko-czeskich kontaktach i jeszcze mają czelność twierdzić, że nie powiedzieli tego, co powiedzieli. Rzecz nazywają skurwysyństwem, nie do końca chyba jednak rozumieją, co sami zrobili i co sami napisali. Jak zwykle - wszyscy przeciwko nam... Polakom pozostaje znowu tylko walczyć o honor, którego i tak nie mają, bo też jaki honor mają osoby publicznie kłamiące. Aleksander Kaczorowski żali się w nagłówku, że jest teraz "wrogiem publicznym nr 1", ale też czy można się dziwić? A może to wszystko jest tylko strategią marketingową, żeby sprzedać książkę Kaczorowskiego? Niezależnie od intencji podłe to jest i głupie, a ja muszę z żalem skonstatować, że bliżej mi do czeskich prawicowców niż do polskich intelektualistów.
Czesi nie są liberalni. Po prostu większość ludzi ma wszystko, jak to mówią, "w prdeli" (czli w dupie, żeby już nie było wątpliwości, co powiedział polski pisarz).
Pomimo to polski pisarz, który chce otrzymać nagrodę literacką, pozwala sobie sięgnąć po dosadny język w odniesieniu do Czechów, wspomina mianowicie o skurwysyństwie:
To zwykłe skurwysyństwo, dlatego nawet nie piszę sprostowania czy polemiki.
Aby więc podsumować - polski pisarz w polskiej gazecie postanowił sprowokować Czechów i napisał, że ich nie znosi. Napisał to 23 września. Gdyby do mnie ktoś podszedł i powiedział, że mnie nie znosi powiedziałbym mu, żeby się spiesznie oddalił. Nie to nie - spieprzaj dziadu... Rozmawiać możemy wtedy, kiedy podchodzimy do siebie się z szacunkiem. Mówienie całemu społeczeństwu, że się go nie znosi świadczy o braku szacunku i elementarnej kultury - rozmowę zaczyna się od "dzień dobry" a nie od dawania po mordzie.
Kiedy zaś już się kogoś obrazi to trudno się dziwić, że temu komuś się to nie podoba. Polski pisarz i polska dziennikarka czują się jednak urażeni i oburzeni, bo rzekomo ktoś przekręcił ich słowa. Już cztery dni później - 27 września zaczynają twierdzić, że czeski portal kłami i zachowuje się skurwysyńsko, bo oni nic takiego nie powiedzieli.
No więc powiedzieli!
Już nawet nie starają się sugerować, że myśleli coś innego, że zostali źle zrozumiani czy cuś... Nie - oni zarzucają czeskiemu prawicowemu portalowi (jak prawicowy, to przecież musi kłamać, tym bardziej, że jest jeszcze nacjonalistyczny), że portal ów kłamie, podczas kiedy to oni sami kłamią. Zaiste postępowanie to godne jest elity. Kaczorowski gestem urażonej damy marnych obyczajów, niczym Izabela Łęcka zniesmaczona zbyt mało wyrafinowanym zachowaniem Wokulskiego, mówi o skurwysyństwie, choć sam w ewidentny sposób nie przeczytał czeskiego tekstu. Może to i dobrze, że nie zamierza pisać polemiki, bo ta mogłaby być nieco chybiona.
![]() |
Prawie A. Kaczorowski. |
Smutne jest, że jednym wywiadem Aleksander Kaczorowski i Gazeta Wyborcza napsuły sporo w polsko-czeskich kontaktach i jeszcze mają czelność twierdzić, że nie powiedzieli tego, co powiedzieli. Rzecz nazywają skurwysyństwem, nie do końca chyba jednak rozumieją, co sami zrobili i co sami napisali. Jak zwykle - wszyscy przeciwko nam... Polakom pozostaje znowu tylko walczyć o honor, którego i tak nie mają, bo też jaki honor mają osoby publicznie kłamiące. Aleksander Kaczorowski żali się w nagłówku, że jest teraz "wrogiem publicznym nr 1", ale też czy można się dziwić? A może to wszystko jest tylko strategią marketingową, żeby sprzedać książkę Kaczorowskiego? Niezależnie od intencji podłe to jest i głupie, a ja muszę z żalem skonstatować, że bliżej mi do czeskich prawicowców niż do polskich intelektualistów.
Komentarze
Prześlij komentarz